sobota, 11 stycznia 2014

Część V

~ "Boisz się Andreo. Ty się wiecznie czegoś boisz. Pokonaj ten strach, który bezkarnie tobą manipuluje. Nie pozwól, żeby to on tobą kierował przez całe życie."

No jakże miało by być inaczej? Nawet jej wewnętrzna poległa, wiedziała więcej o niej, niż ona sama. Leżała w łóżku nie mogąc zasnąć. Myślała. A raczej kręciła się z boku na bok, w nadziei, że w końcu znajdzie upragniony chłód. Jednak satynowa pościel zbyt szybko się nagrzewała i nawet nie stwarzała pozorów skorej do porozumienia. Na dodatek pomrukami niezadowolenia dawała jej znać, że takie miętoszenie wcale nie jest miłe. Ostatkami sił naciągała na chłodne ramiona kołdrę. Była wykończona, a jednak nie mogła zasnąć. Nawet już nie wiedziała czym tak się denerwuje. Przecież to było śmieszne... wręcz żałosne. Takie zachowanie można zarzucić rozkapryszonej nastolatce, a nie dorosłej kobiecie. Chore wmawianie sobie między innymi, że rozwód z Michaelem jest jej całkowicie obojętny, że Chris Simons nic nie znaczy. Uporczywe przekonywanie samej siebie, że to tylko przemyślenia, a nie stwierdzenia. Starała sama sobie zarzucić, że to przez przepracowanie zbyt dużo myśli. Czasami miewała wrażenie, że żyje w dwóch wyodrębnionych światach- tym którym żyje na co dzień i tym, który nawiedza ją każdej nocy, lub w porze jej filozoficznych przemyśleń.  
Nim się spostrzegła, zaczęło już świtać. Kolejna nieprzespana noc. Kolejny jakże pospolity dzień w pracy. Kolejne morderstwo, no i kolejne sprzeczki z Simons'em. No i jeszcze ta cholerna niedziela. Westchnęła głęboko.
- To tylko pięść godzin- mruknęła do siebie. Spojrzała w sufit, po czym zarzuciła sobie poduszkę prosto na twarz.- Pieprzyć to- dodała. Ten jakże cudowny moment przerwał drażniący dźwięk telefonu. Głupia melodyjka, jaka to zazwyczaj jest w iPhonie. Zsunęła poduszkę z twarzy i wyciągnęła rękę na nocny stolik łapiąc urządzenie, które zdradza jej obecność. Z zamkniętymi oczami nacisnęła guzik odbierający.
- Czego.- warknęła nie spoglądając uprzednio na wyświetlacz.
- Dzień dobry Pani Madyson.- powiedział uprzejmie detektyw Miller po drugiej stronie słuchawki. Andy automatycznie znalazła się w pozycji siedzącej, tak jakby to widział i miał ją zaraz ocenić za brak profesjonalizmu.
- Witam szefie.- wyjąkała starając się opanować drżący głos.
- Chciałbym aby pani stawiła się w moim gabinecie zaraz po przyjeździe do pracy.- wyrecytował niemalże na jednym wdechu.
- Oczywiście proszę pana.- powiedziała. Po rozmowie porzuciła telefon gdzieś w nogach łóżka.
No i po raz kolejny w niepewności przemykała przez korytarze tego cholernego laboratorium. Tym razem miała się stawić u swojego szefa. Będąc na zakręcie cicho westchnęła. Widziała go, jak niecierpliwie stuka palcami i o blat biurka. To nie wróżyło nic dobrego. Musiała się przełamać. Ścisnęła mocno pięści. Ruszyła w drogę, jakby w ogóle nie przerywała swojego kroku. Weszła do gabinetu.
- Dzień dobry.- odchrypnęła. Miller. Jak zwykle zachowujący swój profesjonalizm, tyran. To mogło być usprawiedliwieniem, dlaczego Simons się go tak obawiał.
- Miło Panią widzieć, Pani doktor.- odpowiedział wskazując na fotel stojący przed biurkiem. Andy niepewnie zajęła tam miejsce i obserwowała swojego szefa.
- Pewnie zastanawia się Pani, po co Panią wezwałem...- zaczął wyglądając przez okno. Skinęła głową. W sumie to zastanawiała się dlaczego, skoro i tak był odwrócony do niej tyłem. Odkaszlnął zacznie i odwrócił się do niej.
- Od jakiegoś czasu widzę, że detektyw Simons pozwala sobie na zbyt dużo względem Pani. Zastanawiam się, czy nie przenieść go do innego wydziału. Myślę, że w narkotykowym byłoby mu wygodnie- wytłumaczył z lekką ironią w ostatnich słowach.- Co Pani na to?- spytał po chwili. Andy lekko się zmieszała i złapała twarz w dłonie. Przetarła policzki i spojrzała na szefa. Miała coś powiedzieć, ale słowa jakby wyparowały z jej ust. Simons działał jej na nerwy, to można było stwierdzić bez żadnych "ale", jednak nie wyobrażała sobie pracy bez niego. Tego jest szarmanckiego, czasami szczerego uśmiechu. Tych niespodziewanych zbliżeń i gestów. Spojrzeń... No właśnie tych cholernie seksownych oczu.
Nawet nie zauważyła, że Miller zaczynał się jej przyglądać.
- Szefie, to nie jest konieczne. Bardzo lubię pracować z detektywem Simons'em.- wykrztusiła z siebie. Siwy policjant nieznacznie uniósł brwi z dziwieniu. Najwyraźniej spodziewał się innej odpowiedzi.- Skoro to wszystko, to pójdę już do siebie. Mam trochę roboty.- wyjąkała. Niemalże wybiegła z gabinetu, wpadając tym przez przypadek na jedną z laborantek. To była jej przyjaciółka, Arizona Richardson.
- Hej Andy, gdzie tak lecisz?- uśmiechnęła się promiennie. W jej szarych oczach tańczyły iskierki entuzjazmu. Przeczesała palcami swoje długie blond włosy i po raz kolejny uraczyła uśmiechem Panią patolog.
- Arizona, miło Cię widzieć. Właśnie wracam od Miller'a.- westchnęła.
- Coś przeskrobałaś? Rzadko tam gościsz. Co się stało?- spytała marszcząc brwi.
- Nie. Pytał mnie o coś...- odparła kobieta spuszczając wzrok z Arizony.
- Andy, jesteśmy przyjaciółkami, możesz mi mówić o wszystkim. To coś poważnego? Tylko nie mów mi, że znowu chodzi o Simonsa.- uniosła się laborantka.
- W sumie, to tak, ale nie denerwuj się. Wspominał, że chce go przenieść go narkotykowego- uspokoiła ją.
- W końcu. To bardzo dobry pomysł, nie będzie Ci w końcu utrudniał pracy. Czasami mam ochotę go rozszarpać.- zbulwersowała się.- To kiedy go przenosi?- zagadnęła po chwili. Andrea uciekła wzrokiem na bok i splotła za sobą dłonie.
- Właściwie, to go nie przenosi.- wypaliła, po czym szybko ile sił w nogach udała się do windy. Nie zwracała uwagi na krzyczącą za nią przyjaciółkę. Łzy w błyskawicznym tempie naszły do oczu i cisnęły się do uwolnienia. Ten dzień raczej nie należał do najlepiej zaczętych.                  

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz