No jakże miało by być inaczej? Nawet jej wewnętrzna poległa, wiedziała więcej o niej, niż ona sama. Leżała w łóżku nie mogąc zasnąć. Myślała. A raczej kręciła się z boku na bok, w nadziei, że w końcu znajdzie upragniony chłód. Jednak satynowa pościel zbyt szybko się nagrzewała i nawet nie stwarzała pozorów skorej do porozumienia. Na dodatek pomrukami niezadowolenia dawała jej znać, że takie miętoszenie wcale nie jest miłe. Ostatkami sił naciągała na chłodne ramiona kołdrę. Była wykończona, a jednak nie mogła zasnąć. Nawet już nie wiedziała czym tak się denerwuje. Przecież to było śmieszne... wręcz żałosne. Takie zachowanie można zarzucić rozkapryszonej nastolatce, a nie dorosłej kobiecie. Chore wmawianie sobie między innymi, że rozwód z Michaelem jest jej całkowicie obojętny, że Chris Simons nic nie znaczy. Uporczywe przekonywanie samej siebie, że to tylko przemyślenia, a nie stwierdzenia. Starała sama sobie zarzucić, że to przez przepracowanie zbyt dużo myśli. Czasami miewała wrażenie, że żyje w dwóch wyodrębnionych światach- tym którym żyje na co dzień i tym, który nawiedza ją każdej nocy, lub w porze jej filozoficznych przemyśleń.
Nim się spostrzegła, zaczęło już świtać. Kolejna nieprzespana noc. Kolejny jakże pospolity dzień w pracy. Kolejne morderstwo, no i kolejne sprzeczki z Simons'em. No i jeszcze ta cholerna niedziela. Westchnęła głęboko.
- To tylko pięść godzin- mruknęła do siebie. Spojrzała w sufit, po czym zarzuciła sobie poduszkę prosto na twarz.- Pieprzyć to- dodała. Ten jakże cudowny moment przerwał drażniący dźwięk telefonu. Głupia melodyjka, jaka to zazwyczaj jest w iPhonie. Zsunęła poduszkę z twarzy i wyciągnęła rękę na nocny stolik łapiąc urządzenie, które zdradza jej obecność. Z zamkniętymi oczami nacisnęła guzik odbierający.
- Czego.- warknęła nie spoglądając uprzednio na wyświetlacz.
- Dzień dobry Pani Madyson.- powiedział uprzejmie detektyw Miller po drugiej stronie słuchawki. Andy automatycznie znalazła się w pozycji siedzącej, tak jakby to widział i miał ją zaraz ocenić za brak profesjonalizmu.
- Witam szefie.- wyjąkała starając się opanować drżący głos.
- Chciałbym aby pani stawiła się w moim gabinecie zaraz po przyjeździe do pracy.- wyrecytował niemalże na jednym wdechu.
- Oczywiście proszę pana.- powiedziała. Po rozmowie porzuciła telefon gdzieś w nogach łóżka.
No i po raz kolejny w niepewności przemykała przez korytarze tego cholernego laboratorium. Tym razem miała się stawić u swojego szefa. Będąc na zakręcie cicho westchnęła. Widziała go, jak niecierpliwie stuka palcami i o blat biurka. To nie wróżyło nic dobrego. Musiała się przełamać. Ścisnęła mocno pięści. Ruszyła w drogę, jakby w ogóle nie przerywała swojego kroku. Weszła do gabinetu.
- Dzień dobry.- odchrypnęła. Miller. Jak zwykle zachowujący swój profesjonalizm, tyran. To mogło być usprawiedliwieniem, dlaczego Simons się go tak obawiał.
- Miło Panią widzieć, Pani doktor.- odpowiedział wskazując na fotel stojący przed biurkiem. Andy niepewnie zajęła tam miejsce i obserwowała swojego szefa.
- Pewnie zastanawia się Pani, po co Panią wezwałem...- zaczął wyglądając przez okno. Skinęła głową. W sumie to zastanawiała się dlaczego, skoro i tak był odwrócony do niej tyłem. Odkaszlnął zacznie i odwrócił się do niej.
- Od jakiegoś czasu widzę, że detektyw Simons pozwala sobie na zbyt dużo względem Pani. Zastanawiam się, czy nie przenieść go do innego wydziału. Myślę, że w narkotykowym byłoby mu wygodnie- wytłumaczył z lekką ironią w ostatnich słowach.- Co Pani na to?- spytał po chwili. Andy lekko się zmieszała i złapała twarz w dłonie. Przetarła policzki i spojrzała na szefa. Miała coś powiedzieć, ale słowa jakby wyparowały z jej ust. Simons działał jej na nerwy, to można było stwierdzić bez żadnych "ale", jednak nie wyobrażała sobie pracy bez niego. Tego jest szarmanckiego, czasami szczerego uśmiechu. Tych niespodziewanych zbliżeń i gestów. Spojrzeń... No właśnie tych cholernie seksownych oczu.
Nawet nie zauważyła, że Miller zaczynał się jej przyglądać.
- Szefie, to nie jest konieczne. Bardzo lubię pracować z detektywem Simons'em.- wykrztusiła z siebie. Siwy policjant nieznacznie uniósł brwi z dziwieniu. Najwyraźniej spodziewał się innej odpowiedzi.- Skoro to wszystko, to pójdę już do siebie. Mam trochę roboty.- wyjąkała. Niemalże wybiegła z gabinetu, wpadając tym przez przypadek na jedną z laborantek. To była jej przyjaciółka, Arizona Richardson.
- Hej Andy, gdzie tak lecisz?- uśmiechnęła się promiennie. W jej szarych oczach tańczyły iskierki entuzjazmu. Przeczesała palcami swoje długie blond włosy i po raz kolejny uraczyła uśmiechem Panią patolog.
- Arizona, miło Cię widzieć. Właśnie wracam od Miller'a.- westchnęła.
- Coś przeskrobałaś? Rzadko tam gościsz. Co się stało?- spytała marszcząc brwi.
- Nie. Pytał mnie o coś...- odparła kobieta spuszczając wzrok z Arizony.
- Andy, jesteśmy przyjaciółkami, możesz mi mówić o wszystkim. To coś poważnego? Tylko nie mów mi, że znowu chodzi o Simonsa.- uniosła się laborantka.
- W sumie, to tak, ale nie denerwuj się. Wspominał, że chce go przenieść go narkotykowego- uspokoiła ją.
- W końcu. To bardzo dobry pomysł, nie będzie Ci w końcu utrudniał pracy. Czasami mam ochotę go rozszarpać.- zbulwersowała się.- To kiedy go przenosi?- zagadnęła po chwili. Andrea uciekła wzrokiem na bok i splotła za sobą dłonie.
- Właściwie, to go nie przenosi.- wypaliła, po czym szybko ile sił w nogach udała się do windy. Nie zwracała uwagi na krzyczącą za nią przyjaciółkę. Łzy w błyskawicznym tempie naszły do oczu i cisnęły się do uwolnienia. Ten dzień raczej nie należał do najlepiej zaczętych.
- To tylko pięść godzin- mruknęła do siebie. Spojrzała w sufit, po czym zarzuciła sobie poduszkę prosto na twarz.- Pieprzyć to- dodała. Ten jakże cudowny moment przerwał drażniący dźwięk telefonu. Głupia melodyjka, jaka to zazwyczaj jest w iPhonie. Zsunęła poduszkę z twarzy i wyciągnęła rękę na nocny stolik łapiąc urządzenie, które zdradza jej obecność. Z zamkniętymi oczami nacisnęła guzik odbierający.
- Czego.- warknęła nie spoglądając uprzednio na wyświetlacz.
- Dzień dobry Pani Madyson.- powiedział uprzejmie detektyw Miller po drugiej stronie słuchawki. Andy automatycznie znalazła się w pozycji siedzącej, tak jakby to widział i miał ją zaraz ocenić za brak profesjonalizmu.
- Witam szefie.- wyjąkała starając się opanować drżący głos.
- Chciałbym aby pani stawiła się w moim gabinecie zaraz po przyjeździe do pracy.- wyrecytował niemalże na jednym wdechu.
- Oczywiście proszę pana.- powiedziała. Po rozmowie porzuciła telefon gdzieś w nogach łóżka.
No i po raz kolejny w niepewności przemykała przez korytarze tego cholernego laboratorium. Tym razem miała się stawić u swojego szefa. Będąc na zakręcie cicho westchnęła. Widziała go, jak niecierpliwie stuka palcami i o blat biurka. To nie wróżyło nic dobrego. Musiała się przełamać. Ścisnęła mocno pięści. Ruszyła w drogę, jakby w ogóle nie przerywała swojego kroku. Weszła do gabinetu.
- Dzień dobry.- odchrypnęła. Miller. Jak zwykle zachowujący swój profesjonalizm, tyran. To mogło być usprawiedliwieniem, dlaczego Simons się go tak obawiał.
- Miło Panią widzieć, Pani doktor.- odpowiedział wskazując na fotel stojący przed biurkiem. Andy niepewnie zajęła tam miejsce i obserwowała swojego szefa.
- Pewnie zastanawia się Pani, po co Panią wezwałem...- zaczął wyglądając przez okno. Skinęła głową. W sumie to zastanawiała się dlaczego, skoro i tak był odwrócony do niej tyłem. Odkaszlnął zacznie i odwrócił się do niej.
- Od jakiegoś czasu widzę, że detektyw Simons pozwala sobie na zbyt dużo względem Pani. Zastanawiam się, czy nie przenieść go do innego wydziału. Myślę, że w narkotykowym byłoby mu wygodnie- wytłumaczył z lekką ironią w ostatnich słowach.- Co Pani na to?- spytał po chwili. Andy lekko się zmieszała i złapała twarz w dłonie. Przetarła policzki i spojrzała na szefa. Miała coś powiedzieć, ale słowa jakby wyparowały z jej ust. Simons działał jej na nerwy, to można było stwierdzić bez żadnych "ale", jednak nie wyobrażała sobie pracy bez niego. Tego jest szarmanckiego, czasami szczerego uśmiechu. Tych niespodziewanych zbliżeń i gestów. Spojrzeń... No właśnie tych cholernie seksownych oczu.
Nawet nie zauważyła, że Miller zaczynał się jej przyglądać.
- Szefie, to nie jest konieczne. Bardzo lubię pracować z detektywem Simons'em.- wykrztusiła z siebie. Siwy policjant nieznacznie uniósł brwi z dziwieniu. Najwyraźniej spodziewał się innej odpowiedzi.- Skoro to wszystko, to pójdę już do siebie. Mam trochę roboty.- wyjąkała. Niemalże wybiegła z gabinetu, wpadając tym przez przypadek na jedną z laborantek. To była jej przyjaciółka, Arizona Richardson.
- Hej Andy, gdzie tak lecisz?- uśmiechnęła się promiennie. W jej szarych oczach tańczyły iskierki entuzjazmu. Przeczesała palcami swoje długie blond włosy i po raz kolejny uraczyła uśmiechem Panią patolog.
- Arizona, miło Cię widzieć. Właśnie wracam od Miller'a.- westchnęła.
- Coś przeskrobałaś? Rzadko tam gościsz. Co się stało?- spytała marszcząc brwi.
- Nie. Pytał mnie o coś...- odparła kobieta spuszczając wzrok z Arizony.
- Andy, jesteśmy przyjaciółkami, możesz mi mówić o wszystkim. To coś poważnego? Tylko nie mów mi, że znowu chodzi o Simonsa.- uniosła się laborantka.
- W sumie, to tak, ale nie denerwuj się. Wspominał, że chce go przenieść go narkotykowego- uspokoiła ją.
- W końcu. To bardzo dobry pomysł, nie będzie Ci w końcu utrudniał pracy. Czasami mam ochotę go rozszarpać.- zbulwersowała się.- To kiedy go przenosi?- zagadnęła po chwili. Andrea uciekła wzrokiem na bok i splotła za sobą dłonie.
- Właściwie, to go nie przenosi.- wypaliła, po czym szybko ile sił w nogach udała się do windy. Nie zwracała uwagi na krzyczącą za nią przyjaciółkę. Łzy w błyskawicznym tempie naszły do oczu i cisnęły się do uwolnienia. Ten dzień raczej nie należał do najlepiej zaczętych.