Na zegarku wybiła godzina 9:16. Andrea o tej godzinie zwykle była w pracy i pochylała się nad kolejną ofiarą zbrodni. Tym razem było inaczej. Nie dość, że do pracy nie poszła to jeszcze sprawa którą obecnie zajmowali się jej współpracownicy, nie została rozwiązana. Ten dzień zapowiadał się na dość ciężki. W gruncie rzeczy to dzień wolny, a dzień bez pracy to dla niej koszmar. Od rozwodu z Michaelem, starała się rzucić w wir obowiązków i nie myśleć o tym. Jak niemal każda kobieta w rozterce, wieczory spędzała przed telewizorem, oglądając jakieś romanse i wchłaniając niewiarygodne ilości lodów. Po wielu przemyśleniach, stwierdziła, że jej małżeństwo już dawno temu przestało istnieć, a trzymał je tylko jeden świstek z urzędu.
Światło dzienne bezczelnie wdarło się nieproszone do jej sypialni i zaczęło muskać jej twarz, budząc ją tym samym. Powoli otworzyła jedno oko, potem drugie, jednocześnie przewracając się na drugi bok. Wzrok zawiesiła przez chwilę na zdjęciu jej syna, które z ramce stało na stoliku nocnym obok łóżka. Po kilku minutach ciągłego wpatrywania się w fotografię, stwierdziła, że w sumie już nawet nie pamięta twarzy jego ojca. Przez wiele lat starała się o nim zapomnieć, aż w końcu się udało. Z zamyślenia wyrwał ją dźwięk tłuczonego szkła, dobiegający z kuchni. Automatycznie zerwała się z nogi i łapiąc z krzesła swój szlafrok, poszła do wspomnianego miejsca. Tam zastała Matta pochylającego się z miotłą i szufelką nad rozbitą miseczką. Oparła się o framugę drzwi i obserwowała jak jej syn zamiata szkoło. Miał na sobie tylko kraciaste spodenki i jak zwykle swoją ulubioną, szarą czapkę, którą Andy otwarcie nazywała "skarpetą" ze względu na jej kształt. Chłopak nawet nie wyczuł jej obecności. Wrzucił szkło do śmietnika, a miotłę i szufelkę odłożył na miejsce.
- A ty nie w szkole?- spytała po chwili, zwracając na siebie uwagę syna.
- Mamo jest sobota.- powiedział Matt wpychając do ust kilka płatków śniadaniowych.
- Ah, no tak.- mruknęła przecierając twarz ręką.- Jestem chyba trochę przepracowana i już nie kojarzę dni tygodnia- zaśmiała się siadając na krześle przy blacie kuchennym. Matthew, uniósł wzrok na matkę i lekko się uśmiechnął.
- Z czego się śmiejesz?- spytała kobieta zaczepnie naciągając mu czapkę na oczy. On tylko prychnął śmiechem poprawiając ją.
- Z niczego. Po prosu... Pierwszy raz od rozwodu się uśmiechnęłaś.- wyznał mieszając kilka czekoladowych kulek po blacie.- A ja lubię kiedy się śmiejesz- dodał spuszczając z niej wzrok.
- Teraz ty jesteś i już zawsze będziesz jedynym mężczyzną w moim życiu- szepnęła łapią go za policzek.
- Mamo...- mruknął prostując się na krześle.
- Ja cię po prostu kocham- szepnęła łapią go za rękę.
- Też cię kocham.
Ten przejmujący moment przerwał telefon Andy. Kobieta szybko zsunęła się z krzesła i chwyciła telefon z kieszeni szlafroka.
- Madyson- powiedziała do telefonu opierając się o szafkę kuchenną.
- Mamy trupa, potrzebujemy cię na miejscu zbrodni- powiedział głos z słuchawki.
- Przecież mam dzisiaj wolne. Zastępuje mnie inny patolog.- mruknęła obserwując jak Matt wrzuca do butelki z mlekiem płatki śniadaniowe.
- Niestety doktor Amber się rozchorował. Bardzo mi przykro, ale musisz wrócić do pracy.
- Dobrze. Będę w ciągu godziny- warknęła nie kryjąc swojego niezadowolenia. Rozłączyła się i wróciła na poprzednie miejsce.
- Kochanie muszę iść do pracy. Mamy ofiarę, a koroner który miał mnie zastąpić, jest chory.- szepnęła.
- W porządku, jedź. Obejrzę sobie jakieś filmy, może Tyler potem wpadnie.- uśmiechnął się upijając w butelki mleko.
- Zostawię ci kilka dolarów na jakąś pizze. Wrócę jak najszybciej.- powiedziała udając się do sypialni by przygotować się do pracy.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz